Karmienie niepełnosprawnego dziecka

Karmienie, nawet dla rodziców zdrowych dzieci, jest często wyzwaniem i stresem: a to grymaszą, a to w ogóle nie mają apetytu przez cały dzień i trzeba biegać za nimi z łyżeczką, żeby coś odżywczego w nie wepchnąć…  Rodzice niepełnosprawnych dzieci też nie mają łatwego życia. Do tego pakietu dochodzą jeszcze neurologiczne problemy, które powodują trudności w połykaniu, nadmierne ślinienie, co czasami uniemożliwia doustne karmienie.

O moich doświadczeniach z karmieniem doustnym, a później z przejściem na żywienie dojelitowe nieuleczalnie chorej Córeczki piszę poniżej. Mam nadzieję, że zawarte tu informacje pomogą tym, którzy mają podobne problemy i rozważają założenie gastrostomii.

Gwoli przypomnienia, dla tych, co nie mieli okazji zajrzeć do zakładki O Mnie i nie znają naszej historii, jestem mamą trójki dzieci: Najstarszego, Córeczki cierpiącej na lekooporną padaczkę spowodowaną wadą genetyczną i Najmłodszego.

“Normalne” początki karmienia

Po moich pierwszych dwóch bezproblemowych ciążach, nieskomplikowanych porodach i urodzeniu za każdym razem teoretycznie zdrowego dziecka, każde doświadczenie wydawało się początkowo normą i nie widziałam powodów do niepokoju. (W trzeciej ciąży i po trzecim porodzie wszystko z kolei wydawało mi się podejrzane 😉 ).

Gdy nasz Pierworodny zaczął samodzielnie chodzić w wieku 10 miesięcy, wydawało nam się, że to normalne, myśleliśmy, że chłopcy tak mają. Słyszeliśmy komentarze, że to dość wcześnie i że silny chłopak z niego. Z kolei, gdy karmiona piersią Córcia od dnia urodzin słabo ją ssała, ale przybierała na wadze, też myśleliśmy, że to normalne, bo podobno dziewczynki tak mają. Wprawdzie widziałam różnicę – mój Pierworodny, gdy przyssał się do piersi, to był jak odkurzacz 🙂 . A u Córci karmienie to była raczej degustacja, a nie zaspokajanie głodu, często także zasypiała w trakcie karmienia. Jej waga cały czas rosła i jakoś to jej słabe ssanie szczególnie mnie nie martwiło. Karmienie to była dobra okazja do tulenia mojego maleństwa, śpiewania mu, nie tylko kołysanek, a i książkę udało mi się w tym czasie przeczytać 🙂

Napady padaczkowe i karmienie przez sondę

I tak ją sobie karmiłam (z jednym poważnym epizodem, który skończył się w szpitalu, ale wtedy wydawał nam się bez znaczenia) aż do momentu, gdy w trzecim miesiącu życia pojawiły się napady padaczkowe. Sprawiały one, że Córunia przestawała przyjmować doustnie cokolwiek – po prostu przed i po atakach epilepsji jej buzia wiotczała i nie była w stanie niczego przełykać. Jeszcze w początkowym okresie choroby, szybko wracała do siebie po napadach padaczki i nadrabiała zaległości w jedzeniu.

Z czasem jednak, epilepsja chwyciła ją mocno w swe szpony, Córka wymagała hospitalizacji i wtedy karmiliśmy ją przez zgłębnik wprowadzany przez nos bezpośrednio do żołądka, popularnie zwany sondą. Gdy jej stan się poprawiał wracałam do karmienia piersią. Jednak silne ataki padaczki coraz bardziej się nasilały, próbowano różnych leków, które miały swoje skutki uboczne, aż przyszedł moment, kiedy Córeczka straciła odruch ssania. Wiem, że to brzmi nieprawdopodobnie, bo przecież ssanie to podstawowy odruch, który zapewnia ssakom przetrwanie. Niestety, tak się u niej stało 🙁 . Na szczęście Córcia była na tyle duża (7 miesięcy), że jadła doustnie pokarmy, więc w dobrostanie, gdy nie miała napadów, zamiast kaszki czy mleka do butelki podawałam je łyżeczką do buźki.

Po wyjściu ze szpitala do domu (pod opiekę domowego hospicjum dla dzieci) nadal stosowałam ten schemat karmienia. Jednak z czasem, karmienie doustne Córuni stawało się coraz trudniejsze. Zdarzało się też, że Córcia miała gorsze dni, kiedy to mimo braku napadów, nie była w stanie przełykać i wszystko z buzi jej wypływało w wielkim ślinotoku. Wówczas również karmiliśmy ją przez sondę bezpośrednio do żołądka. Na początku naszego pobytu pod opieką hospicjum, albo panie pielęgniarki albo pan pielęgniarz zakładali Córeczce sondę. Z czasem nauczyli i mnie to robić, żeby w okresie około-napadowym było mi łatwiej zadbać o prawidłowe odżywienie i nawodnienie naszej Córci.

Coraz większe trudności z karmieniem

Z czasem coraz częściej przychodziły gorsze dni, gdy Córcia miała problemy z przełykaniem, a pojedyncze karmienie doustne wydłużało się nawet do godziny! Z kolei, gdy założyłam jej wówczas sondę, to się buntowała, bo ewidentnie ona jej przeszkadzała. Moje biedactwo tarło sobie nosek rączkami, żeby pozbyć się tej niewygodnej rurki. Mimo że córcia nie umiała sobie wyrwać sondy z noska, to walczyła z rurką na wszystkie możliwe sposoby. I udawało jej się jej pozbyć. Zdarzyło mi się, że w nocy wstałam, żeby podać jej picie przez sondę i zaspana wstrzykiwałam wodę do sondy, aż poczułam mokrą kołderkę: Córcia wprawdzie miała sondę przyklejoną od noska, ale wyciągnęła ją sobie żołądka… Od tego czasu zawsze sprawdzałam czy cała rurka sondy jest w całości w nosku.

Najgorsze były okresy, kiedy dostawała napadów padaczkowych. Zawsze w tym czasie rośnie jej temperatura i musimy podawać leki przeciwgorączkowe. Ale że wtedy oczywiście nie jest w stanie przełykać, więc założenie zgłębnika jest konieczne. Z kolei samo założenie sondy może wywołać napad epilepsji, bo dochodzi dodatkowy stresujący bodziec matki grzebiącej dziecku w nosie i wpychającej rurkę. Ale niestety to było konieczne 🙁

Co to jest PEG?

Trwające godzinę pojedyncze doustne karmienie wydawało mi się normą u poważnie chorego dziecka… Byle tylko dziecko jadło i nie stresowało się rurką w nosie.

W międzyczasie, od lekarki z hospicjum usłyszeliśmy o PEG-u, czyli przezskórnej endoskopowej gastrostomii. Jest to specjalnie zaprojektowana rurka wprowadzana przez powłoki brzuszne do żołądka przy pomocy gastroskopu. Końcówka wystająca z brzuszka ma korek, przez który, przy użyciu strzykawki, można karmić i poić dziecko w dowolnym czasie, bez potrzeby zakładania sondy i podrażniania nosa i gardła.

Dlaczego nie chciałam PEG-a?

Lekarka zaproponowała nam rozważenie założenia PEG-a u Córci, próbując przedstawić korzyści z tego płynące. Do dziś pamiętam jak od razu odrzuciłam tę propozycję. Po prostu starałam siebie samą przekonać, że przecież moja Córka nie jest jeszcze tak poważnie chora, żeby potrzebowała gastrostomii. Wydawało mi się, że tylko ludzie w ostatnim etapie choroby nowotworowej go potrzebują… W moim mniemaniu, założenie PEG-a oznaczałoby przyznanie się do pogorszenia stanu zdrowia mojego dziecka, czyli progresji choroby, a o tym nie chciałam słyszeć… A w ogóle to PEG w brzuszku mojej Córuni wydawał mi się oznaką porażki, jaką poniosłam w karmieniu mojego dziecka – nie jestem w stanie jej prawidłowo nakarmić i to moja wina. Wiem, że to brzmi niedorzecznie, ale takie obwinianie roiło się w mojej głowie. Gdy będę się bardziej starać – tak myślałam – to na pewno mi się uda i NAUCZĘ SIĘ tak karmić doustnie Córcię, żeby nie trzeba było używać sondy, a tym bardziej PEG-a!

W międzyczasie, szukałam pomocy w karmieniu doustnym u neurologopedki. Uświadomiła mi ona, że spędzanie godziny czasu na pojedynczy posiłek, czyli sześciu godzin dziennie na nakarmienie jednego dziecka, jest nieprawidłowe, nieefektywne i męczące dla Córuni i dla mnie. Zaproponowała odpowiednie ćwiczenia jamy ustnej do pobudzenia pracy mięśni, ale to pomagało tylko wtedy, gdy Córeczka była w dobrostanie. W czasie gorszych dni, kiedy choroba przejmowała kontrolę nad nią, i tak konieczne było założenie sondy.

W końcu, po 16 miesiącach od powrotu do domu ze szpitali, dojrzałam i zobaczyłam w PEG-u rozwiązanie moich i Córci problemów z karmieniem i sama poprosiłam lekarkę z hospicjum o skierowanie na jego założenie.

Jak przebiega zabieg założenia PEG-a?

Założenie PEG-a wymaga znieczulenia i odbywa się w warunkach szpitalnych. Najpierw ze skierowaniem udałam się poradni chirurgicznej na wizytę kwalifikacyjną do zabiegu. Potrzebne było wówczas zaświadczenie od neurologa prowadzącego dziecko o przyjmowanych lekach i braku przeciwwskazań do wykonania zabiegu. W naszym przypadku w ciągu zaledwie dwóch tygodni od otrzymania do ręki skierowania Córka miała zabieg. Oczywiście, wszystko pewnie zależy od szpitala i stanu zdrowotnego dziecka.

Sam zabieg trwał krótko (około 30 minut), ale w szpitalu pojawiliśmy się dzień wcześniej, żeby wykonać badania niezbędne do jego przeprowadzenia. Po zabiegu, jeśli wszystko przebiegło pomyślnie, pacjent czuje się dobrze, PEG działa poprawnie, następnego dnia zostaje się wypisanym ze szpitala. Zatem teoretycznie, po 2 nocach spędzonych w szpitalu można wrócić się do domu.

W naszym przypadku pobyt się przedłużył, bo tuż po zabiegu Córeczka dostała serii napadów epilepsji i konieczne było poczekanie aż jej stan się poprawi, żeby wrócić do domu. Ale ogólnie cały zabieg wspominamy dobrze. Rana wokół PEG-a zagoiła się po około 2 tygodniach. Na początku sączyła się stamtąd żółtawo-zielona wydzielina, którą kilka razy dziennie przemywałam środkiem ułatwiającym gojenie i często zmieniałam podłożony wokół PEG-a gazik. Po zagojeniu ranka nadal wymaga codziennej pielęgnacji, ale to nie jest w ogóle skomplikowane.

Kilka praktycznych uwag

Wychodząc ze szpitala po zabiegu należy poprosić o skierowanie do poradni żywieniowej. Taka poradnia, po zakwalifikowaniu, obejmuje opieką żywieniową w domowych warunkach pacjenta zapewniając środki do pielęgnacji gastrostomii, strzykawki oraz specjalnie opracowaną gotową mieszankę do karmienia.

W naszej poradni wygląda to tak, że raz na trzy miesiące przyjeżdża pielęgniarka, która ogląda PEG-a, doradza w razie pytań/problemów z nim oraz pobiera Córeczce krew do badania. Wyniki można samemu podejrzeć na stronie laboratorium medycznego, ale są one również przesyłane drogą mailową przez lekarza z poradni, który je komentuje. Lekarz także przyjeżdża z wizytą co trzy miesiące. Zarówno lekarz, jak i pielęgniarka są, w razie potrzeby, w stałym kontakcie telefonicznym. Raz na miesiąc kurier przywozi nam miesięczny zapas mieszanki żywieniowej. A wszystko to jest finansowane ze środków Narodowego Funduszu Zdrowia! – czyli dla ubezpieczonych pacjentów za darmo – miło, prawda? 🙂

Podsumowanie

Teraz, po ponad sześciu miesiącach od założenia PEG-a jestem wdzięczna za niego! Nie mogę uwierzyć jak ja mogłam przed nim tak długo się bronić?! Przecież to jest najlepsze wynalazek na świecie 🙂 Teraz jedzenie doustne jest dla Córuni przyjemnością, a nie przykrym obowiązkiem i stresem. Doustnie je wtedy, kiedy dobrze się czuje i tylko to, co jej smakuje (bardzo lubi owsiankę z nasionami chia), a pozostałe posiłki dostaje dojelitowo. Ja też mniej się stresuję, bo wiem, że jestem w stanie ją napoić, nakarmić i podać lekarstwa bez powodowania dodatkowego dyskomfortu.

Podsumowując, niepotrzebnie bałam się PEG-a!

A jakie są Wasze doświadczenia z karmieniem niepełnosprawnego dziecka? Piszcie w komentarzach.

Pozdrawiam i życzę miłego dnia! 🙂

2 myśli na temat “Karmienie niepełnosprawnego dziecka”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *