Nie martw się na zapas…

Troszkę zaczęłam się rozkręcać w kierunku totalnego wariactwa na punkcie zdrowia dzieci. Każda dolegliwość czy skarga np. na bóle brzucha, od razu budziły mój niepokój. “No tak, to na pewno bóle z powodu jakiejś potwornej nieuleczalnej choroby, o której dowiemy się dopiero teraz.” Schizy, że hej… Gdy poleciałam do lekarki z prośbą o skierowanie na badanie i konsultację specjalistyczną, a może i od razu leki (?!), to kobieta spojrzała na mnie jak na schizomatkę! 😀

Niedawno pisałam tutaj o moim strachu przed napadami padaczkowymi u Córuni. Niepokój o każde z dzieci towarzyszy mi chyba od początku ich istnienia 😉 Na pewno jest on spotęgowany przez chorobę Córeczki. Takie uroki bycia matką. Matką nieuleczalnie chorego dziecka. Ale pracuję nad sobą 🙂

Początek zmartwień…

Pierwsze dziecko to szok. Totalny. Psychiczny, fizyczny, mentalny, emocjonalny. Na początku strach, żeby ciąża przebiegła dobrze. Potem martwisz się porodem, modląc, żeby przebiegł bez komplikacji. Później zwijając się w bólach porodowych, zastanawiasz się: “Po co mi to było!”. Masz wrażenie, że poród trwa i trwa i dochodzisz do wniosku, że chyba nigdy się nie skończy… I w końcu witasz tego małego Człowieka, który wprawdzie opuścił Twoje ciało, a wypełnił sobą całe Twoje serce. I zastanawiasz się, jak to możliwe, że można być jednocześnie tak brzydkim i tak ślicznym stworzeniem 🙂

I wtedy dopiero cała zabawa “w strachy” się rozkręca. Najpierw boisz się, żeby nie upuścić swojego maluszka; nie zrobić mu krzywdy w czasie przewijania/kąpania/obcałowywania/zabawy. I oczywiście towarzysząca każdej matce chyba do końca życia nieustająca obawa i pobożne życzenie – żeby było zdrowe – tak w ogóle i tak w szczególe! A pierwsze kolki/przeziębienia/infekcje/zapalenia ucha/gardła/spojówek nie były łatwe dla świeżo upieczonej matki. Wiadomo, że dzieci muszą swoje odchorować i tłumaczyłam sobie, że to “normalne” etapy rozwoju i budowania odporności. I troszkę mniej się martwiłam 😉

Oczywiście, gdy siedząc w pracy odebrałam telefon ze żłobka, że syn dostał nagle 40 stopni gorączki i jest w letargu, to serce o mało nie wyskoczyło mi z piersi ze strachu o niego. Gdy w nocy budził się z krzykiem i cały rozpalony od gorączki płakał w niebogłosy z powodu zapalenia ucha, serce krajało mi się na widok mojego kochanego maluszka tak cierpiącego. Ale wiedziałam jedno: po zaaplikowaniu leków wkrótce poczuje się lepiej. Ten, teraz z perspektywy czasu patrząc w sumie dość krótki okres czasu 😉 , trzeba po prostu przetrwać. Później będzie lepiej. Dziecko w końcu się uodporni, zacznie rzadziej chorować. Choroba owszem przyjdzie, ale i sobie pójdzie…

Wszystko pod kontrolą?

Przy drugim dziecku, wydawało mi się, że obsługę dziecka mam opanowaną 😉 Byłam przygotowana psychicznie na powtórkę z “chorobowej rozrywki”. A tu klops… Nie przewidziałam tej paskudnej choroby genetycznej u Córeczki, przy której “normalne chorowanie” Najstarszego to była przyjemność…

Na początku tylko trochę się niepokoiłam, że Córcia jest taka cicha, wręcz bezgłośna. Gdy była głodna, zamiast przeraźliwego krzyku, który stawia w nocy na nogi nawet najbardziej wykończoną matkę, słychać było kwilenie… “Ach, taka delikatna Księżniczka” – myślałam. “Przecież to dziewczynka”, mówiono mi, gdy porównywałam jej zachowanie do Najstarszego. “A wiadomo, że dziewczynki są dużo spokojniejsze niż chłopcy…”

Później, gdy zaczęły się te okropne napady padaczki, to zaczęłam się na serio o nią martwić. A gdy potem przyszła diagnoza (pisałam o niej tutaj) i okazało się, że jej poważne dolegliwości mają nieuleczalne podłoże genetyczne, strach o nią jeszcze się nasilił. I mimo że towarzyszy on nam cały czas, to próbujemy żyć z chorobą (o tym piszę np. tutaj).

Schizomatka

Przy trzecim dziecku, wszystko wydawało mi się podejrzane… Dosłownie. Począwszy od dnia narodzin i żółtaczki: “Hmmm, on jest coś za bardzo żółty na ”zwykłą” żółtaczkę!” – myślałam. Gdy w pierwszą noc spał i spał bez przerwy, martwiłam się okropnie! “Coś na pewno jest nie tak, bo przecież maleńkie dzieci nie śpią tak długo!” I oczywiście nie zmrużyłam oka czuwając przy nim i sprawdzając czy, aby na pewno oddycha… Gdy przez kolejne noce, co chwilę płakał i chciał jeść, znowu się strasznie niepokoiłam: “To nie jest normalne, że dziecko jest takie niespokojne!”. Później nie było ze mną lepiej 😉

Z wielką uwagą i niepokojem obserwowałam Najmłodszego, nieświadomie doszukując się najmniejszych odstępstw od normy… Fatalna przeczulica… “Czy aby nie za późno zaczął się przewracać z brzuszka na plecki? Chyba powinien wcześniej samodzielnie siedzieć? Chyba za późno zrobił pierwszy krok? Chyba za mało mówi jak na swój wiek?” itp itd. Wiem, wiem, ponosiło mnie dość mocno… 😉

Nasza pediatra z uwagi na nieuleczalnie chorobę Córeczki, ze zrozumieniem mojego niepokoju, ale i bez przekonania, wydawała mi skierowania na konsultację do specjalistów czy badania, gdy coś mnie bardzo niepokoiło u naszego Najmłodszego noworodka. Dopiero uspokojona przez prawidłowe wyniki mogłam odetchnąć.

Jednak wraz z upływającymi tygodniami, wbrew swej naturze, troszkę zaczęłam się rozkręcać w kierunku totalnego wariactwa na punkcie zdrowia dzieci.  Każda dolegliwość czy skarga np. na bóle brzucha u Najstarszego od razu budziły mój niepokój. “No tak, to na pewno bóle z powodu jakiejś potwornej nieuleczalnej choroby, o której dowiemy się dopiero teraz.” Schizy, że hej…

Na internecie (absolutnie nie polecam!) wyczytałam całe mnóstwo choróbsk i głupot. Gdy poleciałam do lekarki z prośbą o szybkie skierowanie na badanie i konsultację specjalistyczną, a może i od razu leki (?!), to kobieta spojrzała na mnie jak na schizomatkę! 😀 Spokojnym głosem powiedziała, że TO TYLKO BÓL BRZUCHA. Dzieci tak mają. I ona nie widzi absolutnie ŻADNYCH innych symptomów choroby, o której wyczytałam w internecie. I nie ma potrzeby na jakiekolwiek konsultacje ze specjalistami. Wtedy poczułam się jak Mariolka-Krejzolka… 😉 Ale to było dobre. Troszkę mnie otrzeźwiło.

Wrzuć na luz

Niedawno znowu zaczęłam doszukiwać się nieistniejących problemów… Dopiero, gdy rodzina i znajomi mnie okrutnie wyśmiali, to oprzytomniałam. Dziękuję kochani 🙂

W końcu zdałam sobie sprawę, że tak żyć się nie da. Nie ma sensu martwić się na zapas, bo wykończę psychicznie i siebie i parę innych osób w moim otoczeniu 😉 Co przyniesie los, to przyniesie, a nasza Rodzina stawi temu czoła!

Pozdrawiam,

Mariola 🙂

P.S. Więcej postów z serii „Życie z letalną chorobą dziecka” znajdziecie tutaj.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *